Zapomniany bunkier w Piaśnikach najpierw doczekał się opiekunów, potem pierwszych remontów, teraz przyszedł czas na wyposażanie wnętrz.
O pomoc w jego skompletowaniu apelują członkowie świętochłowickiego koła stowarzyszenia Pro Fortalicjum.
- Chodzi o wszystko, co jest związane z okresem sprzed drugiej wojny światowej. Pamiątki, rekwizyty... Fantastycznie byłoby, gdyby znalazły się zdjęcia z tego okresu. Nie muszą to być nawet rzeczy związane z militariami, ale dobrze by było - mówi Tomasz Woydyła z koła Pro Fortalicjum. - Chodzi o pamiątki z epoki, nawet bibliografię. Nawet nie śmiemy marzyć o częściach umundurowania - twierdzi Wojciech Przetacznik ze stowarzyszenia.
O przewietrzenie piwnic, strychów i rodzinnych schowków apelują samozwańczy opiekunowie schronu, czyli świętochłowiczanie ze stowarzyszenia.
Pomysł, który zrodził się w głowach zapaleńców, to transformacja zniszczonego bunkra w prawdziwą izbę muzealną, tak aby stała się prawdziwą miejską atrakcją. Dlatego proszą mieszkańców, którzy posiadają zakurzone pamiątki z okresu drugiej wojny światowej po dziadkach, czy rodzicach o przyniesienie ich do Izby Regionalnej w Szkole Podstawowej nr 1. - Można też do Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 2 w Chropaczowie. Najlepiej kierować się bezpośrednio do mnie - mówi Wojciech Przetacznik . - Wszystko co do nas trafi, zostanie umieszczone wewnątrz bunkra - dodaje.
Pierwsze działania w celu odtworzenia dawnej świetności schronu ruszyły jeszcze w zeszłym roku.
Zapomniana przez mieszkańców fortyfikacja z drugiej wojny światowej od dziesięcioleci stoi w parku imienia mieszkańców Heiloo. Bunkier, to element polskich umocnień bojowych, wybudowany w latach trzydziestych ubiegłego wieku jako część Obszaru Warownego "Śląsk". Polska linia Maginota liczy 180 różnego typu fortyfikacji. Ta świętochłowicka ma numer 39. Powstała w 1937 roku jako pogłębiona linia obrony. Za zadanie miała ochronę odcinka od szosy Zabrze - Chorzów do linii kolejowej Gliwice - Katowice. Pierwotna linia opierała się na czterech odcinkach obrony "Łagiewniki", "Godula", "Nowy Bytom" i "Radoszowy". Jeszcze przed wybuchem wojny Górny Śląsk ochraniał długi na prawie 60 km pas umocnień. Właściwie nigdy go niewykorzystano, gdyż wojska niemieckie bez wdawania się w walki o jej przełamanie poprowadziły natarcie, omijając linię fortyfikacji, oskrzydlając polską obronę od północy i południa.
Schron ma coraz większą szansę, aby stać się miejską atrakcją turystyczną. W zeszłym roku przy schronie w końcu zaczęło się coś dziać. Odtworzeno kopułę, oczyszczono, położono nową warstwę izolacyjną. Fortyfikację odkopano z zalegającej ziemi i korzeni, teren uporządkowany. Odkryto między innymi pas betonu nazywany pasmem detonacyjnym, który z biegiem lat został zasypany. Znajdował się on 60 cm pod ziemią. Lifting bunkra to ciężka robota. Przy sprzyjającej pogodzie pracuje tu kilka osób ze stowarzyszenia wraz z rodzinami. Dagmara Czyż, Błażej Sroka oraz Bogdan Kozubik, Tomasz Woydyła i Wojciech Przetacznik w piaśnikowskim parku spędzili już wiele sobót. Ubiegłą poświęcili na czyszczenie elewacji. - Przed nami konserwacja płyt pancernych, zabezpieczenie otworów strzelniczych. Potem malujemy elewację i bierzemy się za kratę przeciwszturmową, która od tyłu miała za zadanie chronić wejście do schronu - wymienia Woydyła. Odnowiony schron ma być otwarty jeszcze w tym roku. Prawdopodobnie już jesienią, przed obchodami 70-lecia wybuchu II wojny światowej.